Tęsknota porzychodzi falami. Raz jest ok, a zaraz kilka dni później marzę, żeby móc wsiąść w tramwaj i pojechać do mamy na obiad. Od wczoraj mam kryzys tęsknotowy, ale dzielnie z nim walczę zajmując czas z najfajniejszym człowieczkiem jakiego znam, czyli z Olisiem. On jest niemożliwy! Jego polski rozwija się w tempie błyskawicznym, przy czym angielski ogranicza się na razie do trzech słów: hello, bye i thank you. Wczoraj był na szkółce niedzielnej, bawił się na całego z angielskimi dziećmi, mówiąc do nich ‘koledzy’ i “kochani’. Nikt go nie rozumie, co po pewnym czasie go frustruje i chce tylko do mamy i taty. Jednak w tym lingwistycznym zamieszaniu, zmiany miejsca zamieszkania i generalnie w totalnym przeorganizowaniu jego świata, Oli dzielnie sobie radzi. Jest grzeczny i coraz bardziej samodzielny. Zupełnie nie przypomina rozpłakanego bobasa sprzed kilkunastu miesięcy. Jest kochany i duma mnie rozpiera, gdy widzę jak się rozwija.
Za chwilę idę na jakiś obiad dla cudzoziemców mieszkających w Crowborough, kończę więc bo siedzę jeszcze w piżamie, a zaraz trzeba wyjść.

A co tam u Dawida, dawno o nim nie wspominałaś…