Reaktywacja – Dezaktywacja

Tęsknota czasem przybiera barwę szarego nieba, czasami liliowego bzu, czasem ma kolor macedońskiego wina.  Bywają dni, że tęsknota boli,  czasami rozczarowywuje, buduje, rujnuje, rozkłada, podnosi.  Moja dzisiejsza tęsknota jest smutna i bura, nawet słońce, które wpada przez dwie ściany nie potrafi mnie dzisiaj pocieszyć. Dasz radę – jesteś silna! Oczywiście, że dam, oczywiście, że jestem silna! Bardziej niż inne. Inaczej by mnie tu nie było.

Samotność w Crowborough wysusza serce, czasem mam wrażenie, że już nic w nim nie płynie, nie pulsuje. Dwaj mężczyźni mojego życia stali się moim całym światem i dla nich tutaj to serce ożywia się niespodziewanie i kocha do szaleństwa. Szaleństwo to dobre słowo.  Szaleję, gdy go nie ma, choć nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Szaleję , gdy patrzę przez okno, bo znów widzę ten sam widok, to samo drzewo, ten sam strumyk. Πάντα ῥεῖ ? – nic nie płynie, wszystko stanęło w miejscu. Szaleję, gdy telefon milczy od roku, a ludzie zamknięci w swoich pięknych domach pielęgnują swoje piękne ogrody, zapominając co to jest życie.  Dzieci nie wychodzą na dwór, bo pobrudzą sobie ręce.

Mam tu być, tkwić, /żyć  - nie żyć/żyć  - ożyć/ żyć – przeżyć/. Dla Ciebie, choć Cię czasem nie rozumiem.  Choć nie widzę. Nie słyszę. Nie czuję. Nie myślę. Nie poznaję. To i tak Tobą oddycham.

Niebo nie ma nic wspólnego z wyglądem miasta.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Moi GOŚCIE

Uwielbiam gości. A jeszcze bardziej lubię, gdy są to goście niezwykli, wyczekiwani, moi i swojscy. Czekam na nich już tak od piątku, wypatruję, odliczam dni, noce, godziny, ilość posiłków, ilość pójść do przedszkola, ilość robionego prania. Mówię do Olinka: „za trzy nocki przyjedzie ciocia z Królikiem”, za 9 posiłków będzie na lotnisku, za 2 kawy, za 6 herbat, za 1 rozmowę przy telefonie. Pralka radośnie pierze pościel,firanki, zasłonki, obrusy, lodówka chłodzi ser na sernik, kafeterka czeka na wypełnienie czarnym napojem, żelazko w gotowości stoi na prasowalnicy.

Przez wielkie okno wypatruję, czy wiewiórki jeszcze zbierają żołędzie i liczę na nie, że przywitają moich gości. Drzewa proszę o niegubienie liści, wiatr o ciepły szelest, a panią z BBC, żeby podkręciła temperaturę na mapie pogody.

Czekam. Jeszcze tylko 2 śniadania i 3 obiady…

4 komentarzy

Filed under Uncategorized

Przedszkolak.

To już trzeci dzień Olisia w przedszkolu. Stres był co niemiara, bo przecież to angielskie przedszkole i wszystko jest inne. A najbardziej inny jest język, którego Oli nie zna, choć osłuchał się już zdecydowanie. O przedszkole modliłam się około miesiąca czasu, szukając bardzo intensywnie. Byłam w anglikańskim i katolickim, małym i dużym, nowoczesnym i bardziej tradycyjnym. Szukania trwały długo i kosztowały mnie kilka wylanych łez, bo w pewnym momencie stwierdziłam, że nic chyba mi się nie podoba. Oczywiście był to bardziej lęk przed tym co nieznane, niż prawdziwa niechęć do brytyjskich „nursery schools”. W końcu zdecydowałam się na ten, który był najbliżej i była to chyba najlepsza decyzja jaką podjęłam od czasu przyjazdu na Wyspy. Przedszkole jest cudowne.  Panie są przemiłe i ciepłe, serce mają na dłoni i podchodzą do dzieci z tak ogromną czułością, że aż miło mi się tam przebywa. Podglądam przez okno jak kucają przy dzieciach, rozmawiają jak z człowiekiem a nie z lalką, przytulają, ganiają się z nimi  i co najważniejsze dają poczucie bezpieczeństwa.

No, to przedszkole wybrane… Za rok, czeka mnie wybór szkoły… to dopiero będzie okupione łzami i wyproszone u Pana Boga.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Lubczyk w zupie

No, kawę piję, wprawdzie bez Prince Polo, ale pyszna, z mlekiem, gorąca i słodka.  Odczuwam ostatnio przypływy uczuć, szczególnie do mojego małżonka, który pewnie podstępem dosypuje mi lubczyku do zupy. Nie wiem co takiego się stało, ale na jego widok zalewa mnie jakiś nawał pozytywnych uczuć, tak mocnych,  że aż mu wczoraj dwa kotlety usmażyłam z dodatkową porcją ziemniaków i surówki, co wprawiło go w nastrój bardziej niż radosny. Ci co mnie znają dobrze, wiedzą , że zazwyczaj kotletów i ziemniaków żałuję, bo wciąż liczę na cudowne odchudzenie mojego towarzysza życia.

Wczorajszy dzień był słoneczny i bardzo radosny  z nutką melancholii i łzami na policzku, ale tylko ze szczęścia i tylko z ulgi i wdzięczności.  Od rana myślę o tym co się stało, a wstałam wcześnie, bo rodzina Hindusów od szóstej już śpiewała i radosnym Uaaa aaaa uuu bawiła dzieci. U Hindusa mieszkają 4 kobiety, jedno niemowlę i jedna dziewczynka w wieku 10 lat.  Z tego co udało mi się wywnioskować Hindus nie mieszka w haremie. Najprawdopodobniej dzieli swój byt z żoną, teściową, szwagierką i kimś jeszcze, kogo jeszcze nie rozgryzłam. Legalnie jest pewnie tylko on i żona plus dzieci, reszta ukrywa się cały dzień w domu ze strachu przed deportacją. Wiesz Asiu, pewnie przez to nie chcieli nas wpuścić do domu pamiętnego wieczoru.. Dzisiaj sobie myślę, że bali się, że ich zaanonsuję u odpowiednich władz. Słyszę ich najczęściej rano i wieczorem, kiedy śpiewają, a śpiewać najwidoczniej bardzo lubią. Kiedyś był taki wiersz, nie pamiętam kogo, a może miałam taki wpis w pamiętniku z lat wczesnoszkolnych: „Kto słyszy śpiew, tam wchodzi, smutni ludzie nie śpiewają”. No, wedle tego, oni są bardzo szczęśliwi i weseli. A kto by chciał zgłaszać na policję radosnych, śpiewających Hindusów? Na pewno nie ja!

3 komentarzy

Filed under Uncategorized

Far ayende! Far tai’dar!

Pranie pachnie nowym proszkiem, kawa wystygła, wiec smakuje nijako, cisza w domu, bo Oli i Tata poszli grać w piłkę. Pachnie też jeszcze wczorajszym ciastem ze śliwkami, które wyrosło pięknie, bo w końcu zrozumiałam działanie angielskiego pieca. Siedzę  więc sobie z myślami krążącymi nad blatem stołu i kawałkiem śliwkowego placka na talerzu. Koncentrują się na Polsce,a czasem na moim bloku, bo słyszę jak Hinduska sąsiadka śpiewa swojemu dziecku piosenkę w tylko im znanym języku.

Myślę sobie o Tobie  i  o tym jak ktoś zamknął jedną komorę Twojego serca. Dobrze, że jest telefon. Mogę zadzwonić i chociaż wysłuchać wieści z miasta, w którym na tle zbawionych dusz, rozgrywają się dantejskie  sceny rozrywania szat i dzielenia włosa na czworo.

Wiesz, a może K-Pax istnieje? I niektórzy z nas przypadkiem znaleźli się na Ziemi?

1 komentarz

Filed under Uncategorized

La vie est une chanson..

Czas mija szybko i zaraz minie 5 m-cy odkąd tu jestem.  Przyzwyczajam się do Crowborough i jego małomiasteczkowego, wręcz wiejskiego charakteru. Każdy wyjazd do większego miasta kończy się westchnieniem ulgi, że wracam do tej mojej samotnii, bo tutaj wszystko jest już poznane i swojskie. Zaraz Oli zaczyna przedszkole, a ja zaczynam pracę. Cieszę się, bo angielski przestał być dla Olinka językiem z kosmosu, wprawdzie nadal nie mówi za wiele, ale jakby zaakceptował to, że ludzie się nim posługują.

Zaczynam też zupełnie inaczej patrzeć na chrześcijaństwo niż dotychczas. Irytuje mnie małostkowość i religijność jeszcze bardziej niż wcześniej, bo zupełnie przeinacza to łaskę jaką mamy od Boga. Patrzę na to co dzieje się w Łodzi i z uśmiechem w sercu myślę o tym mieście. Tam gdzie są tak cudowni ludzie musi w końcu coś drgnąć. Czekamy na przebudzenie zapominając , że jesteśmy w jego centrum… Żałuję, że mnie  tam nie ma, ale wiem, że Anglia jest tym miejscem, gdzie mam teraz być, za  które mam się modlić i choć moje serce jest zawsze blisko Polski, to uświadamiam sobie jeszcze mocniej, że moja ojczyzna jest w Niebie.

Mamy za oknem w kuchni brzozę – ci co u nas już byli, wiedzą jak wygląda :) Za każdym razem kiedy zmywam naczynia widzę ją w całej okazałości. Ugina się pod nawałem liści i niedługo jej korona dotknie ziemi. Gdy przyjechałam, to drzewo byłe łyse jak kolano mojego dziecka, później zazieleniło się do odcieni nigdy wcześniej przeze mnie nie widzianych.. Stało się schronieniem dla wielu ptaków, gatunków, których nie znam… Dzisiaj liście brzozy są jasnozielone, gałęzie ugięły się tak mocno, że mam wrażenie, iż byle podmuch wiatru zaraz ją złamie w kilku miejscach z przemieszczeniem… To drzewo jest dla mnie symbolem różnych sezonów, przemijającego czasu i pojawiającego się nowego. Ja wiem, że teraz jest czas na odpoczynek. W Polsce żyłam jak na dworcu, wciąż coś sie działo, jeden, drugi, trzeci…siódmy pociąg z ludźmi, którzy potrzebowali pomocy lub nie, ale zawsze było gwarno i ponieważ kocham ludzi, przez wiele tygodni do bólu tęskniłam za tym słodkim szumem ludzkich języków.Teraz jednak rozkoszuję się byciem z rodziną i cudowną Bożą obecnością, która jak zawsze towarzyszy mi w najbardziej prozaicznych momentach…i dziękuję wszystkim Przyjaciołom, którzy nie zapominają, są, dzwonią, kochają, zupełnie tak jakbym była tuż za płotem…

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Nie wymiguj się!

Abraham był stary,

Jakubowi brakowało pewości siebie,

Lea była nieatrakcyjna,

Józef był znieważany,

Mojżesz nieśmiały,

Gedeon był biedakiem,

Rahab była niemoralana,

Dawid miał romans i wiele rodzinnych problemów,

Eliasz miał myśli samobójcze,

Jeremiasz miał depresję,

Jonasz był oporny i uparty,

Naomi była wdową,

Jan Chrzciciel był dosyć…ekscentryczny ( łagodnie rzecz biorąc)

Piotr był impulsywny,

Marta wciąż sie zamartwiała,

Zacheusz był mało popularny,

Tomasz miał wątpliwości,

Paweł był chorowity,

Tymoteusz bojaźliwy,


Nie ma żadnych wymówek – PO PROSTU ZRÓB TO DLA NIEGO

4 komentarzy

Filed under Uncategorized

Re:fresh yourself

Dzisiaj spędziłam fajny czas z innymi kobietami w moim wieku. W All Saints (kościół, do którego teraz chodzę), we wtorki organizowana jest grupa dla młodych kobiet „re:fresh”. Jeśli masz dziecko, oddajesz je do kościołowego przedszkola, a ty idziesz na kawkę. Było tak miło! Naprawdę! W końcu widziałam trochę młodych osób, bo do tej pory znałam tylko ludzi po pięćdziesiątce. Piłyśmy kawę, jadłyśmy ciasto, poznałam parę miłych dziewczyn. Była też jedna Czeszka, ale ona w ogóle nie miała ochoty się  ze mną integrować, jakby nie identyfikowała się z „naszym” rejonem Europy.  Muszę przyznać, że Angielki były przemiłe i już dzisiaj dostałam zaproszenie na tzw. ‘Tee Time’, ale już nie miałam siły iść. Nie wiem jak bardzo głębokie relacje można z nimi zbudować, czy jest jak w USA, że wszystko jest na poziomie pierwszym i nie idzie dalej, ale na razie są bardzo sympatyczne. Każdy z troskliwością pytał jak sobie daję radę, gdzie mieszkam itd. Później robiłyśmy kartki różnego rodzaju tzw. crafts. Ja z pasją robiłam kartkę dla mojej kochanej małej księżniczki Abi, która już niedługo skończy 3 lata…

2 komentarzy

Filed under Uncategorized

W odpowiedzi…:)

Dawid jest zadowolony z pracy  jak nigdy przedtem. Myślę, że Bóg spełnił jego marzenie i w tej organizacji realizuje się w 100%. Wstaje rano i przybiega szybko do biura, bo już nie może się doczekać nowego dnia. To jest prawdziwe błogosławieństwo, gdy praca jest jednocześnie pasją. W chwilach naszego tęsknotowego kryzysu, myślimy o WINie i o tym jak wiele dostarcza mu radości. On też powoli przystosowuje się do tego co nowe, łapie się na tym, że martwi się o finanse albo o pracę, bo to były nasze najczęstsze zmagania w Polsce. Zajmuje trochę czasu, by przestawić się na inne myślenie. Spędzamy dużo czasu razem, chyba więcej niż w Łodzi, co jest dziwne, bo przecież teraz pracuje do 17:00. Jednak staramy się z każdej chwili razem wycisnąć jak najwięcej. Chyba znów przeżywamy renesans naszego małżeństwa, bo przecież mamy tu tylko siebie…

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Tęsknota porzychodzi falami. Raz jest ok, a zaraz kilka dni później marzę, żeby móc wsiąść w tramwaj i pojechać do mamy na obiad. Od wczoraj mam kryzys tęsknotowy, ale dzielnie z nim walczę zajmując czas z najfajniejszym człowieczkiem jakiego znam, czyli z Olisiem. On jest niemożliwy! Jego polski rozwija się w tempie błyskawicznym, przy czym angielski ogranicza się na razie do trzech słów: hello, bye i thank you. Wczoraj był na szkółce niedzielnej, bawił się na całego z angielskimi dziećmi, mówiąc do nich ‘koledzy’ i „kochani’. Nikt go nie rozumie, co po pewnym czasie go frustruje i chce tylko do mamy i taty. Jednak w tym lingwistycznym zamieszaniu, zmiany miejsca zamieszkania i generalnie w totalnym przeorganizowaniu jego świata, Oli dzielnie sobie radzi. Jest grzeczny i coraz bardziej samodzielny. Zupełnie nie przypomina rozpłakanego bobasa sprzed kilkunastu miesięcy.  Jest kochany i duma mnie rozpiera, gdy widzę jak się rozwija.

Za chwilę idę na jakiś obiad dla cudzoziemców mieszkających w Crowborough, kończę więc bo siedzę jeszcze w piżamie, a zaraz trzeba wyjść.

1 komentarz

Filed under Uncategorized